Prostota; siła codziennych rytuałów - Brooke McAlary

"Boimy się tego, co odkryjemy, jeśli pozwolimy sobie na zwolnienie tempa, damy sobie czas do krytycznego namysłu nad swoimi decyzjami, otworzymy się na samopoznanie."


Otacza nas zgiełk i pośpiech. Brooke McAlary w książce "Prostota; siła codziennych rytuałów" proponuje kilka prostych tricków, by nasze życie stało się mniej zabiegane, zwrócone ku wnętrzu i bardziej wartościowe. McAlary jest autorka popularnego bloga Slow Your Home, w którym proponuje zmianę trybu życia na bardziej zrównoważony i skierowany na rodzinę i codzienne małe przyjemności.

Autorka "Prostoty" za Leo Babautą, guru minimalizmu, powtarza: "Naucz się cieszyć życiem, które przeżywasz, a okaże się ono cudowne", co bardzo przypomina definicję szczęścia według stoickiego filozofa rzymskiego z przełomu I i II wieku, Epikteta (Nie usiłuj naginać biegu wydarzeń do swojej woli, ale naginaj wolę do biegu wydarzeń, a życie upłynie ci w pomyślności).


Na bolączki codzienności McAlary proponuje praktykowanie uważności. Pokazuje jak w siedmiu prostych krokach (pięć rytuałów i dwa rytmy) odnaleźć spokój i oczyścić umysł. Przede wszystkim należy odłączać się od świata on-line, żyć bardziej analogowo, ustalić sobie codzienny harmonogram. W oczyszczaniu umysłu ma pomóc tworzenie prostych list ważności. Ogólnie autorka proponuje pisanie czegokolwiek, by wypłynęły z nas myśli i oczyściły umysł szczególnie przed wieczornym spoczynkiem oraz rano, przed zaczęciem dnia.

Książka jest zaskakująco krótka. Wpisuje się w modny nurt minimalizmu i Slow Life. Lubię poradniki, szczególnie, jeśli są inspirujące i coś wznoszą do mojego życia. Co wniosła Prostota? Chyba utwierdziła mnie w świadomości, że moje intuicyjnie dokonywane codzienne wybory są dobre. Wole poświęcić czas na grę z dzieckiem w planszówkę niż spędzać go bezmyślnie gapiąc się w ekran komputera. Także to, że robię listy pomogło mi poukładać swoje myśli, a co za tym idzie, życie codzienne. Myślę, że "Prostota" jest dobrym uzupełnieniem Hygge, w którym zakochali się Europejczycy (ze mną włącznie).

Za możliwość przeczytania Prostoty dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Dziecko wojny - Sara Nović

Jak zmierzyć się z traumą? Najlepiej ją przepracować. A jak zmierzyć się z traumatycznymi wydarzeniami z dzieciństwa, kiedy przypadło ono na czasy krwawego konfliktu?
źródło: LubimyCzytac.pl

Z taką przeszłością musi się zmierzyć Ana, bohaterka powieści Sary Nović "Dziecko wojny". Ana Jurić, Chorwatka z Zagrzebia jako dziesięciolatka była świadkiem szybko eskalującego konfliktu na Bałkanach. "Współczesna wojna charakteryzowała się tym, że mieliśmy przywilej oglądania destrukcji naszego kraju w telewizji." Lecz szybko stało się jasne, że konflikt będzie narastał i pochłonie niejedną rodzinę. Niefortunny zbieg okoliczności przesądzi o życiu i śmierci najbliższych Any.

Dziesięć lat później Ana, już jako Amerykanka została poproszona o wystąpienie w ONZ na temat dziecięcych żołnierzy, ponieważ była jednym z takich nieletnich bojowników. Musi na nowo zmierzyć się z ranami na psychice, rozdrapać je, by zaczęły się goić. Od lat żyje jako dziecko zamerykanizowanych Włochów, i nikt nie podejrzewa, że pochodzi z Europy. Choć, jak sama pisze, ma ciemne oczy po matce, a po ojcu jasną, piegowatą cerę, przez którą rówieśnicy jeszcze w Chorwacji przezywali ją Czeszką lub Polką.

Ana do pewnego stopnia żyje normalnie, lecz jest wrażliwsza niż reszta jej otoczenia. Studiuje literaturę, przyjaźni się z profesorem, który podrzuca jej powieści innego emigranta, W. G. Sebalda, a na ścianie jego gabinetu wisi plakat z Szymborską. Jednak Ana cały czas maskuje swoja przeszłość, izolując się od głębszych relacji nawet z chłopakiem: "Nie chciałam, żeby Brian poznał Juniora [wuja]; separowałam go od całej rodziny w obawie, że wymknie im się coś o mojej przeszłości."

Lekarstwo na tę chorobę jest jedno: powrót do powojennego Zagrzebia, odnalezienie śladów przeszłości i przyjaciół rodziny, o których nie wie nawet, czy żyją.

"Dziecko wojny" jest debiutem powieściowym Sary Nović. Jest to debiut dojrzały i wyważony. Choć opisuje piekło, które wręcz przytłacza jej bohaterkę, czytelnik nie odnosi wrażenia beznadziejności sytuacji. Być może to charakter Any, która jest odważną, rezolutną dziewczynką (a później kobietą) każe nam ją z miejsca polubić i - może to zabrzmi dziwnie - dopingować ją. W książce cały konflikt pokazany jest oczami dziecka, lecz nie jest to widok naiwny.

Trzymam kciuki za dalszą karierę Sary, która działa również na rzecz niesłyszących. Polecam jej mądry artykuł dla The Guardian o byciu niesłyszącą powieściopisarką. What it's like to be a deaf novelist

Jaki jest sens blogowania? [subiektywnie]

Po ponad dekadzie blogowanie przychodzi czas refleksji. Kim jestem jako bloger, co daje mi blogowanie i w ogóle, komu to potrzebne? Co i rusz przez internet przetacza się dyskusja nad sensem blogów książkowych. Chciałabym dorzucić swoje pięć groszy.

Dlaczego bloguję? Chcę zachęcić czytelników do sięgania po bardziej wymagające lektury, pokazać alternatywę dla mainstreamu. A także pokazać, że można z powodzeniem sięgać po książki nawet stuletnie, które coraz częściej traktowane są nie jako przedmioty użytkowe, lecz jako eksponaty muzealne. Owszem, czasem i u mnie zawitają nowości, bo przecież trzeba być na bieżąco, a niekiedy – o dziwo – pojawi się coś lekkiego!

Dla kogo piszę? Statystycznie większość moich czytelników to kobiety koło trzydziestego roku życia. Ale na blogu próżno szukać typowo kobiecej prozy. Miło mi, kiedy czytają i komentują mój blog i mężczyźni, i kobiety.

Rekomendacje, recenzje czy felietony? Jak właściwie nazwać to, co uprawia 99% książkowych blogerów? Są to nasze subiektywne opinie na temat przeczytanych (bądź nie przeczytanych!) książek, które w dużej mierze opierają się na naszych dotychczasowych wyborach, a nawet przeżyciach czy marzeniach. Większość z nas nie uprawia typowej recenzentki, bo śmiem wysunąć tezę, że taka nie ma racji bytu w internecie – profesjonalne recenzje literackie są zbyt suche i hermetyczne, by dotrzeć do większej liczny osób. Nie tego szukamy na portalach; prędzej weźmiemy do ręki książkę, która poleciła nam znajoma o podobnym guście, niż zawodowy krytyk literacki piszący o kompozycji utworu i jego walorach artystycznych, dydaktycznych, etc. Dzisiejsze trendy to autentyczność i subiektywizm! Nie zrozumcie mnie źle - teksty krytycznoliterackie są nierzadko wspaniałe, ale lepiej się je czyta w wydaniu drukowanym, a nie czarujmy się, siecią rządzi pośpiech.

Czy blogi propagują czytelnictwo? Nie można potwierdzić, ani też zaprzeczyć. Nikt jeszcze nie podjął się przeprowadzenia takich badań. Ale spróbuję sama w odniesieniu do siebie odpowiedzieć na to pytanie. Od kiedy Setna Strona stała się moim książkowym poletkiem, czytam o wiele więcej. Owszem, czytam inaczej, szybciej, jakby specjalnie "pod bloga", ale też ścigam się sama ze sobą w corocznym wyzwaniu. Nie byłoby tego, gdyby nie blog (nie mylić z robieniem "na pokaz"!) Czy więc piszemy sami dla siebie? Chyba jednak nie. Jasne, że większość odwiedzających nasze blogi to inni blogerzy - szukający inspiracji, chcący skonfrontować swoje opinie z kimś innym, ale spotykam się na co dzień z nie-blogerami (wybaczcie ten potworek językowy), którzy zaglądają do blogosfery w poszukiwaniu dokładnie tego samego, co my, blogerzy! Nie komentują? Nie ma po nich śladu? Być może, ale z pewnością każdy z Was kiedyś został zaczepiony słowami "czytam pani/pana bloga".

Gdyby nie blogerzy niemal nie byłoby opinii na popularnych portalach, takich jak LC. O nowościach dowiadywalibyśmy się chyba tylko z anonsów w gazetach i wystaw księgarń.

Co mi dało blogowanie? Przede wszystkim poznałam masę dobrej literatury, której pewnie bym nie odkryła, gdyby nie rekomendacje na zaprzyjaźnionych blogach. Jednym z ważniejszych bonusów blogowania jest również możliwość poznania osób o podobnej pasji. Poznałam wspaniałych ludzi, których darzę ogromną sympatią, a także od czasu do czasu mam okazję wypić z nimi kawkę, dyskutując na tematy okołoliterackie (z takich nieformalnych spotkań wyewoluowała grupa ŚBK, a wiem, że Warszawa ma podobną grupę blogerów).

Jaka jest przyszłość blogowania? Ileż to razy zastanawiałam się, czy jednym przyciskiem nie wykasować ponad 500 postów i kilku ładnych lat pracy? Albo zawiesić bloga, niech umiera polowi zapominany w odmętach internetu? Ale nadal tu jestem. Choć - co z mojej winy raczej nie przysparza mi czytelników - nieregularnie. Czy blogowanie ogólnie ma przyszłość? A czemu nie? To nasza jedyna platforma do wypowiedzenia się w internecie. Owszem, czasem przypomina to tłum w Hyde Parku, który na postumentach wygłasza tyrady, ale ktoś tam w tym wirtualnym świecie nas jednak słucha i nierzadko odpowiada!

I jeszcze na sam koniec. Z pewnością zauważyliście nowy szablon... i jak się Wam podoba? Tylko szczerze:)

Światło, którego nie widać - Anthony Doerr

O ile końcówka zeszłego roku przyniosła mi czytelnicze rozczarowania, o tyle 2018 rozpoczął się dla mnie od znakomitej prozy! Właściwie Światło, którego nie widać jest tak dobrą powieścią, że jeszcze ją przetrawiam.


Pisana z rozmachem przez ponad dziesięć lat najnowsza powieść amerykańskiego autora, Anthony'ego Doerra, zachwyciła czytelników na całym świecie, a także przykuła uwagę krytyki i przyniosła powieściopisarzowi prestiżową Nagrodę Pulitzera.

Historia opowiada o dwojgu młodych ludziach, niewidomej nastoletniej Francuzce oraz osieroconym niemieckim chłopaku. Bohaterowie wplątani są w wojenną machinę - ona jako uciekinierka z okupowanego Paryża, on jako żołnierz Wehrmachtu.

Marie-Laure zafascynowana powieściami Verne'a, które "pożera" czytając Braille'em, staje się powierniczką sekretu, który powierza jej mimo woli ojciec, ślusarz paryskiego muzeum, oraz konstruktor przemyślnych schowków i miniatur. Werner, wychowaniec sierocińca na pozór skazany na dożywotnią pracę w kopalni, dzięki swojemu zamiłowaniu do radioodbiorników i ich działaniu znajduje się w prestiżowej szkole, która jednak bardziej przypomina zindoktrynowaną szkołę przetrwania, gdzie "słabszy" zostaje "zadziobany" przez nastoletnich oprawców. Losy obojga krzyżują się w nadmorskiej miejscowości Saint–Malo.

Co ciekawe, młody Niemiec nie jest przedstawiony w kategoriach, które się nasuwają; świat Doerra nie jest spolaryzowany na dobrych Francuzów i złych Niemców, wręcz mogłabym rzec, że kategorie podobnego dualizmy w ogóle autora nie interesują. Jednym z ważniejszych wątków jest za to pewien unikatowy klejnot, który zgodnie z legenda niesie ze sobą klątwę.

Jednakże Doerr nie funduje czytelnikowi wyciskacza łez ani też klasycznej prozy wojennej. Powieść utrzymana jest w tonie realizmu, lecz bez zbędnej brutalizacji. Przekonuje także punkt widzenia młodych bohaterów, dla których z racji wieku wszystko jest jeszcze na poły magiczne, nieznane i wyolbrzymione.

Proza Amerykanina jest tak plastyczna, że niemal już oczyma wyobraźni widziałam filmowe ujęcia (być może to specyfika prozy naszych czasów, że autorzy celowo tworzą niemal już gotowe materiały na ekranizacje). Jestem pewna, że prędzej, czy później film powstanie i pozostaje tylko mieć nadzieje, że twórcy unikną pułapki zbędnej sentymentalizacji.

Rozmyślania - Marek Aureliusz

Na przełomie 2016 i 2017 roku miałam okazje uczestniczyć w niezwykle inspirującym kursie biblioterapii na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Poznałam na nim wspaniałe, zarażające optymizmem i kreatywnością prowadzące oraz współuczestniczki kursu przybyłe z całej Polski; wymieniałyśmy się nie tylko doświadczeniem ale także tytułami książek, które mogą być pomocne na zajęciach z biblioterapii.


Ze swojej strony zaproponowałam książkę z dziedziny filozofii. Nasycone mądrością i głębią "Rozmyślania" Marka Aureliusza. Marek Aureliusz był rzymskim cesarzem z II-go wieku. Słynął z mądrości, oraz zamiłowania do filozofii stoickiej.O genezie Rozmyślań wiadomo niewiele – prawdopodobnie były spisanymi wykładami Aureliusza, które pierwotnie nosiły nieformalny tytuł O sobie samym; domniemywa się także, że były spisane dla syna cesarza, Kommodusa (cesarza-tyrana ukazanego w filmie Gladiator).

Utrzymane w duchu myśli stoickiej "Rozmyślania" są zbiorem luźnych rozważań, pełnym mądrych sentencji, a głębia monologu wewnętrznego autora robi ogromne wrażenie. Marek Aureliusz uczy, jak żyć spokojnie, być powściągliwym, wyzbyć się zgubnej pychy i ułudy, co ma doprowadzić do dobrego życia, a także wyjaśnia wiarę w bogów, często przy tym cytując Epikteta ("Duszyczką jesteś dźwigającą trupa"), Platona i Antonina (poprzednik Marka Aureliusza na tronie, także wielki admirator filozofii stoickiej). "Nigdzie – pisze Marek Aureliusz – nie schroni się człowiek spokojniej i łatwiej, jak do duszy własnej (…). A nic innego nie nazywam spokojem, jak wewnętrzny ład."

Jak na wstępie zaznaczyłam, jest to dobra pozycja w biblioterapii, z której można czerpać garściami potrzebne maksymy, jak tę o puszczaniu złych rzeczy w niepamięć: "Usuń wyobrażenie, a usunie się i poczucie krzywdy, usuń poczucie krzywdy, a usunie się i krzywda." Dalej autor pisze: "Od tego, co sobie często wyobrażasz, zawisł twój sposób myślenia. Dusza barwi się wyobrażeniami." Spróbujmy więc myśleć ociupinkę pozytywniej, kto wie, a nóż będzie się nam lepiej żyło?Jak pokornie znosić to, co nam się przydarza, szczególnie ze strony innych? "Jeżeli to od ciebie zawisło, dlaczego to robisz? Jeżeli od kogo innego, dlaczego się gniewasz? (…) Jeżeli możesz, to go popraw. A jeśli nie możesz to popraw jego czyn. A jeśli i tego nie możesz, cóż ci pomoże gniewanie się?"

Autor ma także wiele zrozumienia dla ludzkiej natury, kiedy niemal wykrzykuje "A choćbyś pękł, nie zmieni się postępowanie ludzi", i przypomina, że "ludzie istnieją dla siebie wzajemnie. Albo ich wiec pouczaj, albo znoś".Na sam już koniec jeszcze jeden cytat z Rozmyślań "O cóż należy się starać? O to jedno: sprawiedliwy umysł, działalność pożyteczną dla ogółu i mowę niezdolną nigdy do kłamstwa, i umysł pogodnie przyjmujący to, co się dzieje, wszystko jako rzecz konieczną, jako rzecz zrozumiałą, jako to, co płynie z tego samego, co i my, początku i źródła"

Niezależny konkurs literacki na polską książkę roku 2017 – „Brakująca Litera 2017”

Kochani, zostałam poproszona o promocję niezależnego plebiscytu na najlepszą, zdaniem czytelników, polską książkę roku 2017. Konkurs organizowany jest pod adresem http://brakujaca-litera.pl/.


"Większość książkowych rankingów opiera się na ilości sprzedanych egzemplarzy, napędzanej promocją danej publikacji. Najczęściej przy współudziale liczących się na rynku Wydawnictw oraz dzięki nie zawsze obiektywnym recenzjom. Zdarza się, że z powodu braku należytego rozgłosu wiele wartościowych książek przechodzi bez echa. Bywa, że dopiero czysty przypadek sprawia, że trafiają one, często po latach, do rąk Czytelników. Dlatego mając na względzie ów smutny fakt, postanowiliśmy wcielić w życie pomysł, krążący w świecie literackim od wielu lat, i zorganizować konkurs literacki w formie rankingu, zupełnie inny i niezależny od pozostałych.

Pragniemy dać szansę KAŻDEJ polskiej publikacji wydanej w mijającym 2017 roku, nie tylko tej promowanej. Każdej, która z subiektywnych względów zapadła w serce Czytelników. Toteż zwracamy się z gorącą prośbą o czynny udział w tym nietypowym przedsięwzięciu.

Kochani! Pomóżcie zdecydować, które tytuły spod piór rodzimych twórców znajdą się w naszej konkursowej TOPowej Dziesiątce polskich książek opublikowanych w 2017 roku. Nad wyłonioną głosami czytelników TOP10 pochylą się głowy jury, które wybierze spośród nich najlepszą pozycję roku 2017.

Bardzo Was prosimy o zapoznanie się z Regulaminem oraz zaangażowanie. W zakładce Głosowanie każdy z Was może podać swoje 3 typy książki, która według Was zasługuje na wyróżnienie. Wytyczne co do zgłaszanych pozycji są tylko dwie: musi to być dzieło polskiego autora, oraz data wydania musi mieścić się pomiędzy 1 stycznia a 31 grudnia 2017 roku."*

* tekst ze strony http://brakujaca-litera.pl/.

Jonathan Strange i pan Norrell - Susanna Clarke

Nie pamiętam już dokładnie, w jakie odmętu internetu się zapuściłam, ale nagle zaświtała mi w głowie myśl - muszę wreszcie wypożyczyć Strange'a i Norrella. Przez kilka lat bezskutecznie poszukiwałam serialu (niestety nadal szukam, podobnie jak kolejnych odcinków Szkarłatnego płatka i białego). Książkę z miejsca zamówiłam w bibliotece i już wieczorem mogłam się nią delektować.


Tak, delektować! Magia. Kocham to słowo. Nie tylko całkiem przepadłam w Potterowskim uniwersum, ale dalej poszukuję czegoś choć odrobinę przypominającego genialny miniserial o Merlinie z Samem Neillem.

Wielka Brytania, czasy regencji (literacko – czasy Jane Austen), magia jest uprawiana czystko teoretycznie, co skojarzyło mi się z filozofią, którą dziś uprawia się wyłącznie w ujęciu historii filozofii. I nagle po setkach lat jeden nieśmiały egocentryczny człowieczek przywraca magię Anglii, a wręcz światu. Tytułowy Pan Norrell czyni z magii obiekt mody na miarę (późniejszych) wirujących stolików. Jednakże szybko zyskuje ucznia oraz, jak to często bywa, głównego adwersarza w osobie Jonathana Strange'a.

Powieść o angielskich magach jest debiutem Susanny Clarke. To debiut znakomity, przemyślany i świetnie napisany. Neil Gaiman wypowiada się o powieści w samych superlatywach; nie dziwota, że autorowi Nigdziebądź podoba się ten specyficzny mrok, fantazja i nieprzewidywalność fabuły, bo w niektórych momentach miałam wrażenie, że Susanna Clarke jest tym, czym Robert Galbraith dla JK Rowling.

Powieść liczy sobie z górką osiemset stron. I to jest... mało! Przygody magów i ich znajomych są tak pochłaniające, że angażują bez reszty. Sugestywnie wykreowane uniwersum wykreowane jest wręcz doskonałe - skłaniają się na to legendy, liczne przypisy, które odwołują się do wielu magicznych publikacji, a nade wszystko różnorodne i pochłonięte swoimi spraw(k)ami istoty magiczne, które lekce sobie ważą ludzkie ambicje i uczucia. Słowem - w Jonathanie Strange'u i Panie Norrelu można się zakochać!

Bullet Journal [po roku]

Ponad rok temu trafiłam na modną metodę planowania, czyli bullet journalig. Przeczytałam na ten temat "cały internet" i postanowiłam spróbować. O swoich początkach pisałam TU. Możecie się śmiać, ale to właśnie dzięki bujo ogarniam rzeczywistość - mam plany, listy i wydarzenia w jednym miejscu, plus pole do popisu dla swojej kreatywności.
Zeszyty z zeszłego roku

A teraz zmierzę się z tym, co po roku wyszło, a co nie zadziałało. 
Działa: 

  • Prostota! 
  • Listy. Jestem człowiekiem-list. Robię listy wszystkiego - szczególnie rzeczy do zrobienia, kupienia, książek do kupienia, kupionych, przeczytanych, do przeczytania, filmów do obejrzenia, angielskich słówek, planów, projektów szydełkowo-drutkowych. Im prostsze listy, tym lepsze. 
  • Tygodniówki i kalendarz na bieżący miesiąc. Tygodniówka pozwala mi ogarnąć optymalną ilość dni i zaplanować spotkania, pamiętać o wycieczkach, fluoryzacji, zakupach, rzeczach do zrobienia na bieżąco, ponadto wpisuję książki, które są "w kolejce", etc. 
  • Doklejanie żółtych karteczek, np. z listą zakupów. Potem odklejam i mam gotową, z którą wybieram się na zakupy. 
  • Jeden zeszyt optymalnie na rok. Zaczęłam 2017 w jednym zeszycie, w którym porobiłam mnóstwo fikuśnych tabelek, a których już nie uzupełniałam z oczywistych względów, kiedy przeniosłam się do innego zeszytu. Postanowiłam w tym roku robić mniej (zupełnie niepotrzebnych) prywatnych notatek, które tylko zabierały przestrzeń. Wiem, brzmi to dziwnie, ale postanowiłam zrezygnować z prowadzenia dziennika osobistego. Lista lektur, wrażeń, etc. – owszem, dziennik w stylu "drogi pamiętniczku" - odpada! Na 2018 mam od męża/Mikołaja/Dzieciątka śliczny dziennik Paperblanks i mam nadzieję, że się sprawdzi.

Tygodniówka i habit tracker
Przeważnie właśnie tak zapisane były moje tygodniówki (dużo do zrobienia)



Nie działa: 

  • Indeks. Ani razu na niego nie spojrzałam. 
  • Numerowanie stron. 
  • Kropki. Najlepiej sprawdzają się u mnie czyste kartki, ale lubię też szerokie linie. 
  • Trackery. Robiłam je na siłę, więc tak koło kwietnia dałam sobie spokój. 
  • Taśmy washi - zastosowałam je dwa razy. Nie ma sensu ich kupować, jeśli się nie ma przekonania do ich użyteczności. Jeśli chcę coś zaznaczyć używam karteczek indeksujących. 
  • Doodle – chociaż zdarza mi się coś skrobnąć od wielkiego dzwonu, to jednak zbyt oryginalna nie jestem i ograniczyłam się do... kaktusów i grzybów, które mi wychodzą. Żadnych łapaczy snów, mandal, fikuśnych labeli. Strony z "Hello December", etc. - najzwyczajniej w świecie szkoda mi kartek. 
  • Spis filmów i seriali, które obejrzałam w tv i na dvd. Po miesiącu mi się odechciało, bo wbrew pozorom dużo tego było. 
  • Zbyt grube zeszyty. Mdli mnie na myśl, że miałabym w takim obszernym tomisku pisać kilka lat. Przecież to strasznie nudne! Dla mnie pięcioletnie dzienniki to przedsionek piekła. Nie wiem, czy taki roczny planer mi się po pół roku nie zbudzi, ale zaś pół roku, czy mniej też nie jest wyjściem, bo trzeba wszystko przenosić do nowego zeszytu. 
  • Nie lubię formy kołonotesu ze spiralą, nie jestem także przekonana do hybryd. 
  • Akwarele. Po prostu nie umiem w akwarele😉 
  • Wydruki. Kiedy je projektuję wyglądają dobrze, wydrukowane w formacie zeszytowym są mało przejrzyste i zostaje mało miejsca na notatki.

Drukowana tygodniówka - akurat mniej zapisana, ale bywały takie, na których nie było miejsca na notatki!

Co mi się marzy na ten rok? Może więcej art/voyage jurnalingu, ponieważ zrezygnowałam z prowadzenia dziennika, a niektóre momenty życia warte są zachowania. Mam nadzieję, że mój nowy Paperblanks mi da to, czego potrzebuję. Kocham te okładki i mam już całą listę Paperblanksów do wypróbowania. W zeszłym roku zapełniłam trzy notesy: empikowy z własnoręczna okładką - pisało się po tych stronach po prostu bosko, cały czas szukam czegoś takiego; zaczęłam szkicownik Creadu, ale jednak pisało się w nim źle (no bo to szkicownik, he he), potem miałam notes Paperblanksa, kiedy mi się skończył zapełniłam dwa zeszyty z lat 80-tych ze strychowych wykopków.
Mój nowy kalendarz Paperblanks

W międzyczasie starałam się wykończyć dwa maluśkie notesy, ale kupiłam trzeci (że niby na adresy i inne, ale tak naprawdę, bo mi się okładka podobała). Pracowe rzeczy mam w notesie Qbook, który wygrałam u Agnieszki z Dowolnika, do tego notesu mam liniuszek z zeszytu w kratkę. No i mam jeszcze Rhodię do notatek z historii i geografii (człowiek całe życie się uczy, nieprawdaż?). W kwietniu (Targi Pióra) planuję Leuchtturm1917 – mam nadzieję też zdobyć jakieś dobre pióro, bo moje umarło w grudniu i piszę szkolnym pożyczonym od dziecka (spokojnie, dziecko pisze moim Parkerem, tzn. teraz już swoim Parkerem😉 A jak mnie najdzie ochota na prowadzenie pamiętnika (jednak) to sięgnę po moją ukochaną serię zeszytów z gumką Gorjuss.
Strona tytułowa oraz notes (wyrywany) z listą na zakupy

Kalendarz na 2018 - już zaczęłam wklejać ;)

To powinno być motto na 2018: Prostota - umiar - elegancja!

Małe podsumowanko [2017]

Przede wszystkim chciałam Wam bardzo serdecznie podziękować, że zaglądacie do mnie, że zostawiacie komentarze. Bloguję już ponad dekadę (tak!) i ta aktywność dała mi wiele satysfakcji - poznałam wiele wspaniałych osób, blogerów i miłośników literatury. No i wszystkie te cudowne książki! 

Mijający rok był dla mnie prywatnie niezbyt łaskawy, a literacko minął tak dziwnie szybko, że mam wrażenie, że odcinam kupony i "lecę" z książkami z rozpędu. Z przygotowanej "wielkiej listy książek do czytania" zniknęło dosłownie kilka tytułów, bo skupiłam się na nowościach i książkach... przypadkowych. Jakbym się gdzieś pod drodze zagubiła.

Mam jeszcze kilka bibliotecznych tytułów, nowości (może sprzed kilku, kilkunastu miesięcy), i są to książki, które szczególnie chciałam przeczytać - biografia Lema, Silva Rerum, Światło, którego nie widać, Próba oraz Dzieci wojny. Własne regały zasiliłam kilkoma pozycjami z Karakteru, Czarnego, mam także kilka nowości po angielsku, które zamierzam przeczytać, póki są nowościami;) Chciałabym wrócić do moich staruszek. Chciałabym reanimować książki nieoczywiste, ale nie wiem, czy ma to sens? 

Wiele osób narzeka na dziwne zjawisko: wybieramy książki szybkie, bo te, które idą wolniej hamują ruch na blogu. Złapałam się na tym i mocno skarciłam. Efektem była posucha w marcu i kwietniu. Nie chcę narzekać na spadek odwiedzin, ale - spadły i to znacząco. Ostatnio przez blogosferę przetoczyła się nawet dyskusja na ten temat (na kilku blogach, niezależnie od siebie)  - ja upatruję to w nowoczesnych szablonach, które pozbawione są "głównego źródła wejść", czyli blogrolla. Chociaż może nie trafia do mnie, że na przykład piszę w nudny, nieatrakcyjny sposób, a moje posty są zachowawcze. 

Stosik z przełomu roku. 
  

Co wyszło? 
W tym roku przeczytałam 73 książek. Lista do przeczytania rośnie zastraszająco, bo zamiast skreślać, dopisuję nowe tytuły. 

Książki przeczytane w 2017, które uważam za najlepsze to bez wątpienia Małe życie, Quo Vadis, Milczenie, Profesor, Amerykańska sielanka, Góra Tajget oraz Szkarłatny płatek i biały.

Najbardziej inspirujące były dla mnie podróże, na które zaprosili mnie Meik Wiking [Hygge], oraz Justyna Sobolewska [Książka o czytaniu].

Uśmiałam się setnie przy Steinbecku. Za to płakałam jak bóbr przy Steadman.

Nadrobiłam zaległości w powieściach graficznych [Maus, Persepolis, Watchmen, V jak Vendetta]. W 2018 sięgnę po Hellboya i obiecuje sobie wreszcie dokończyć Ekspedycję.

Ale niewątpliwie ten rok należał u mnie do kryminałów, przeczytałam ich aż 14! Szczególnie uwielbiam kryminały retro, a także skandynawskiej spółki autorskiej Per Wahlöö, Maj Sjöwall.

Kilka(naście) razy fatalnie się zawiodłam. Spróbowałam nowych gatunków, ale raczej nie będę kontynuowała czytania YA (chociaż mam w planach nowego Greena), czy młodzieżowego fantasy.

Miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w spotkaniach autorskich z Evženem Bočkiem, Justyną Sobolewską, Małgorzatą Czyńską, Włodzimierzem Kowalewskim oraz Thomasem Arnoldem.

16 książek polskich autorów, jedynie 29 książek własnych (kocham-wypożyczam;), niestety, nic po angielsku:/ #edit! Jednak udało mi się "wcisnąć" Fantastic beasts and where to find them [original screenplay] :)

Założyłam konto na instagramie. Załapałam się na akcję promocyjną z Zafonem. Wydałam pół wypłaty na Śląskich Targach Książki. A do pełni szczęścia brakuje mi tylko 4 Kolibrów! Miałam także dwie wystawy fotografii - małą w czytelni PiMBP (Bibliofilia), oraz skorzystałam z możliwości, jakie daje Galeria Bez Auta w ZTZ.

Jedno z moich zdjęć z wystawy pokazywanej w ZTZ. 


Co nie wyszło? 
Zaległa recenzja Cichego Donu nadal jest zaległa... Sapere aude z racji nowych obowiązków w pracy jest odsunięta ad calendas graecas...

Wskaźniki wejść i ilość komentarzy, nad czym boleję, spadają. Cześć w tym także mojej winy, bo w tym roku to 55 post, a zeszły rok kończyłam z ilością 82 postów. Mniej także tematów okołoksiążkowych i książek nieoczywistych.

Plany na 2018? 
Na Setnej Stronie coraz więcej nowości. Nadrabiam, bo trzeba być na bieżąco, przez co niemal nie sięgam po moje ukochane starowinki. Czasem, kiedy nie umiem zasnąć liczę, ile jeszcze jestem w stanie książek przeczytać. Przypuśćmy, że czytam 70 książek rocznie, a średnia długość życia kobiet w Polsce wynosi 81 lat (sic!), to wyszło mi 3 150 tak pi razy drzwi. No to sami widzicie, że to nie jest tak dużo! (No i ciekawe, czy mając 80 lat "utrzymam" ten sam poziom czytania?)

U dołu strony dodałam kalendarz google'a, na którym podlinkowane są posty; można się z niego również dowiedzieć, co będzie tydzień, dwa naprzód. 

Co w styczniu? 2-go zapraszam na post o bullet journalu. Kolejny tydzień będzie poświęcony grom planszowym, a następny notesom i dziennikom, które zgromadziłam. Czytelniczo zacznę od angielskich magów z czasów regencji, by płynnie przejść do... a nie, to niespodzianka. 

🎄🎄🎄 Serdeczne życzenia 🎄🎄🎄

Kochani, życzę Wam zdrowych, spokojnych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia oraz szczęśliwego, pełnego kreatywności i pozytywnej energii Nowego Roku 2018! Niech Dzieciątko przyniesie Wam super książki, ulubione słodkości, ale i dużo miłości od najbliższych. Zapracowanym życzę spokoju, chorowitym - zdrowia, smutnym - nadziei, tym, którzy wyznaczają sobie cele - ich spełnienia.


  * * * Psiego najlepszego - W. Bruce Cameron * * *

Między karpiem a sałatką warto oderwać się na chwilę od stołu i sięgnąć po lekkostrawną powieść familijną Psiego najlepszego. To zgrabnie napisana książeczka pomagająca budować świąteczną atmosferę nastrojem skłaniającym do dawania.


Po Ludziach na drzewie potrzebowałam takiej właśnie odskoczni, książkowego samograja. Przyznam się bez bicia, że ani książki Był sobie pies, ani filmu nie widziałam, ale moje dziecko, które było na seansie powiedziało, że bym się popłakała. No, szczerze to mam oczy, które często się pocą i nie istnieje taka bajka Disneya, na której bym nie uroniła chociaż łezki. W ogóle filmy familijne to dla mnie "ciężki temat", bo Władek tylko obserwuje kątem oka, kiedy mama zacznie płakać.

Ale wracając do tematu – Psiego najlepszego to książka na jeden wieczór. Przyrównałabym ją do Pięciopsiaczków Chotomskiej, bo chyba do tej klasyki jest jej najbliżej. W moim umyśle jeszcze powstało przyrównanie do serii Zaopiekuj się mną Holly Webb, pewnie ci, którzy mają dzieci doskonale znają serię. Bo Psiego najlepszego to książka o miłości do zwierząt, o prostym ludzkim sercu i gotowości do dania z siebie miłości.

Główny bohater z początku przypomina nieco dziadka z Odlotu, ale bardzo szybko topnieje mu serce na widok ciężarnej suczki. Bez zdradzania meandrów fabuły (no dobrze, nie było w powieści żadnych zawrotnych plot twistów, ale chyba sami wolicie się dowiedzieć "co było dalej") powiem, że tego waśnie oczekiwałam od W. Bruce'a Camerona – ogromnej dawki endorfiny, której zapewniają szczeniaczki i miłego wątku romansowego, który kończy się happy endem.

Czy polecam? Pewnie się zdziwicie, ale - tak, polecam! Bardzo rzadko biorę książki do recenzji, a już szczególnie unikam jak ognia literatury kobiecej, ale Psiego najlepszego jest miłą powieścią familijną i polecam ją nawet czternastolatkom, które już wyrosły z Holly Webb, a nadal lubią "zwierzęce" tematy.

Za książkę pod choinkę dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.  

* * * Ludzie na drzewach - Hanya Yanagihara * * *

Po Ludzi na drzewach sięgnęłam z obawą; Małe życie mną dogłębnie wstrząsnęło, bardzo je przeżyłam, więc co naturalne, nabrałam rezerwy do debiutanckiej powieści Yanagihary. Niepotrzebnie - powieść Amerykanki czyta się znakomicie i mogę się bez reszty zgodzić ze stwierdzeniem The Independent, że jest to lektura pochłaniająca.

Powieść skonstruowana jest dość nietypowo. Pamiętniki przeplatają się z fragmentami artykułów prasowych, a całość zaczyna się wedle przesłanek Hitchcocka, od "trzęsienia ziemi". Owym trzęsieniem ziemi jest oskarżenie noblisty o pedofilię i prawomocny wyrok skazujący. Miałam wrażenie, że gdzieś już o tym czytałam, i miałam rację - alter ego Nortona Periny jest Daniel Gajdusek, naukowiec uhonorowany w 1976 roku Nagrodą Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny za badania nad prionami, badania podobnie jak książkowy bohater prowadził na terenie archipelagu Mikronezji. Gajdusek w 1997 roku został skazany za pedofilię. Rozpętała się wówczas dyskusja, czy wybitne jednostki podlegają takim samym prawom moralnym, jak "zwyczajni" ludzie?

Geniusz często idzie w parze z szaleństwem, a co za tym idzie, z lekceważeniem zasad etycznych. Przykładów jest wiele, od genialnego lekarza Alfreda Bali Trevino (pierwowzór Hannibala Lectera z powieści Thomasa Harrisa), do choćby kompozytora doby późnego renesansu Carlo Gesualdo, który zamordował z zimną krwią żonę i jej kochanka. Przykłady można mnożyć, a wiele z nich dowodzi, że przestępcy celebryci traktowani są zdecydowanie łagodniej, niż reszta społeczeństwa.

Chociaż Ludzie na drzewach to nie traktat moralny, ale porusza - prócz wspomnianego, również inne ważne tematy - moralność białego człowieka, któremu "wolno wszystko", nawet traktowanie przedstawicieli innych ras, jak myszy doświadczalne, a także odpowiedzialność naukowców za ich odkrycia i konsekwencje tychże. Pod wpływem ujawnienia odkryć Periny (rzecz dotyczy nieśmiertelności, a właściwie kompleksu Selene, - organizmy tubylców z mikronezyjskiej wyspy U'ivu nie starzeją się dzięki spożyciu substancji zawartych w autochtonicznym gatunku żółwia zwanego U'ivu'ivu) życie na Ivu'ivu się przeobraża, rewelacje naukowca mają niebagatelne konsekwencje na życie mieszkańców wyspy oraz dla ekosystemu, w postaci najazdu zainteresowanych zyskiem koncernów farmaceutycznych, oraz rzeszy naukowców marzących o sławie.

Powieść poruszająca tak ważkie tematy zasługuje niewątpliwie na polecenie czytelnikom, którzy od lektury wymagają czegoś więcej niż jedynie rozrywki. Każdy czytelnik postawi sobie zatem pytanie, czy Norton Perina jest niesłusznie szkalowanym geniuszem, czy zręcznym manipulatorem i zbrodniarzem. 
Kwestię traktowania ludzi nie-kaukaskiego pochodzenia, można znaleźć nie tylko w Jądrze ciemności Josepha Conrada, ale i w książce Zabawa w Boga (At Play in the Fields of the Lord) Petera Matthiessena.

* * * Love vegan. Gotowy jadłospis na 21 dni * * *

Najtrudniej jest zacząć. Dieta wegańska czy wegetariańska nie jest tak monotonna, jak sądzą niektórzy. Wręcz mogę śmiało powiedzieć, że jest bardziej zróżnicowana niż dieta oparta na kanapce z szynką i kotlecie mielonym. Oczywiście, nie odmawiam nikomu polędwicy czy parówek, ale nieśmiało chciałam Was zachęcić do sięgnięcia po alternatywę, jaką jest zbilansowana dieta wegańska.

Jeszcze na wstępie taka mała dygresja – kilka, kilkanaście lat temu początkujący weganin czy wegetarianin dosłownie skazany był na tekturowe w smaku kotlety sojowe instant i mało zróżnicowane i średnio dostępne pasztety sojowe. Kupno kaszy jaglanej graniczyło z cudem, a książki kucharskie dedykowane raczkującej społeczności wege można było policzyć na palcach jednej ręki. Dziś jest inaczej. Nie wiem, kiedy rynek zaczął się zmieniać, ale z roku na rok obserwowałam nie tylko wzrost znaczenia wege w mediach, ale i w sklepach. Tak zwana zdrowa żywność (to jaka jest cała reszta?) to już nie jedna półka w markecie wciśnięta między kocie jedzenie, a konserwy, ale całe działy!

https://www.instagram.com/p/BcB4IiVg7fK/?taken-by=setnastrona

Mam stary przepiśnik, do którego wklejałam cudem znalezione przepisy na pasty, smarowidła, potrawki, etc. Już go nie potrzebuję, bo mam całą półkę książek kucharskich, oraz tysiące przepisów w internecie – na co tylko zechcę, falafele, różnej maści burgery, nawet wegański bigos (który robię co roku na święta) i sos do bbq.

Jeżeli chcielibyście spróbować zmienić coś w żywieniu swoim i swoich najbliższych proponuje sięgnąć po Love vegan. Gotowy jadłospis na 21 dni autorstwa Hanny Stolińskiej-Fiedorowicz (dietetyk kliniczny), Violetty Domaradzkiej (weganka, biegaczka) i Roberta Zakrzewskiego (weganin, ultramaratońsczyk). Autorzy nie tylko podsuwają gotowe przepisy na trzy tygodnie, ale rozwiewają wątpliwości, co do samego sensu sięgnięcia po dietę wege, mierzą się ze stereotypami, a także dostarczają dowodów na korzyść diety roślinnej - wiąże się ona z polepszeniem jakości zdrowia, a co za tym idzie, obniżeniem zachorowalności na choroby cywilizacyjne, takie jak otyłość, cukrzyca, miażdżyca, itp.

Dla nowicjuszy w dziedzinie diety roślinnej autorzy przygotowali szereg zestawień, a także odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania, np. o weganina-sportowca, mit anemii, żywienie dzieci, obróbkę żywności (smażenie, gotowanie), o wyposażenie kuchni, a także o budowanie dobrych nawyków żywieniowych. Ciekawostką jest zamieszczenie rozdziału poświęconego... Czesławowi Langowi, który od lat z powodzeniem stosuje dietę roślinną.

Same przepisy zajmują mniej więcej połowę książki. Estetyczne, zachęcające wyglądem i nieskomplikowaniem, bazują przede wszystkim na warzywach sezonowych i strączkowych, które dostarczają tak ważnego w organizmie białka, mikroelementów i witamin. Polecam książkę Love vegan. Gotowy jadłospis na 21 dni, nie tylko początkującym weganom, ale i wszystkim, którzy chcą jeść zdrowiej i dbać o zdrowie swoje i swoich najbliższych.

Za możliwość zapoznania się z nowymi przepisami kuchni roślinnej dziękuję Wydawnictwu Agora.

Król - Szczepan Twardoch

Intrygujące postaci przedwojennego światka przestępczego skupionego wokół Kercelaka, brudny świat, jakiego nie znajdzie się w przedwojennych filmach, zgrabnie rozwijana zabarwiona politycznie akcja powieści - tak najkrócej można scharakteryzować Króla Szczepana Twardocha.


Przyznam, że z tą powieścią mam nielichą zagwozdkę. Powieść wciąga, broni się na każdej płaszczyźnie, a z drugiej strony niepotrzebnie wrzucona metafizyka (Litani) sprawia wrażenie, że to jeden wielki fejk i burzy odbiór bandyckiej (nie łotrzykowskiej) historii. Fragmenty dotyczące dywagacji ontologicznych (gdzie mieszka ludzki byt) postanowiłam zaznaczyć karteczkami – widać tutaj jakieś dalekie echa wykształcenia autora (niekiedy zastanawiam się, czy dzieliliśmy wykładowców, pewnie niektórych tak) - te fragmenty szczególnie przypadły mi do gustu, pobudziły do myślenia. Ale nasycenie wulgaryzmów i seksów było wręcz groteskowe, szczególnie pod koniec powieści. I zachęcona opisami i okładką liczyłam na więcej boksu!

Dziwny jest ten półświatek wykreowany przez Twardocha; podobny kolorytem do przedwojennego Wrocławia czy Lwowa z kryminałów Krajewskiego, prawdopodobny i realny, ale niekiedy wydaje się snem narratora...

Homebook Design vol. 4

Czwarta odsłona Homebook Design to 30 unikatowych projektów wnętrz polskich pracowni designerskich zebranych w jednym albumie. Każdy z projektów cechuje odmienny styl, a cechą wspólną jest staranne wykonanie i spójność. 


Każda z propozycji jest szczegółowo opisana, czytelnik dowiaduje się, jakie cechy reprezentuje mieszkanie, jak architekci postanowili rozplanować aranżację, jakim budżetem dysponowali. Album mnie totalnie zachwycił i nie mogę przestać go wertować. 

Uwielbiam okna loftowego mieszkania (str. 42), otwartą kuchnię w stylu skandynawskim (str. 76), eklektycznym projektem penthousa w Gdańsku (str. 134), odnalazłabym się także w ciepłym skandynawskim projekcie z Chorzowa (str. 185). Zaciekawiła mnie również informacja, że Homebook to także portal, na którym można znaleźć setki zdjęć inspirujących aranżacji.

Nie są to jedynie projekty wielkich apartamentów - znajdują się wśród nich także małe mieszkania; umeblowanie i dodatki to nie tylko antyki, czy designerskie modele, ale i inspirujące wzornictwo rodem z Ikei. Każdy, kto choć raz oglądał w internecie zdjęcia szukając inspiracji do odświeżenia własnego mieszkania powinien zapoznać się z albumem. 


Za możliwość zapoznania się z nowoczesnymi aranżacjami mieszkań dziękuję Homebook Design